"Dziennik utraconej miłości" – Éric-Emmanuel Schmitt



"Dziennik utraconej miłości" – Éric-Emmanuel Schmitt

Jakiś czas temu Chełmska Biblioteka Publiczna wypuściła hasło „Zabierz książkę na wakacje”. Bardzo mi wtedy przypadło do gustu, bo doskonale zgadza się z moim podejściem do podróżowania. Ku wielkiemu niezadowoleniu męża, który do dziś nie rozumie, jak można zamiast kolejnej sukienki upychać w walizce książki...

Powiem więcej – jeśli nie wolno (bo partner lub partnerka patrzy krzywo), a bardzo się chce... to wolno. 😉

I tak oto na tegoroczny urlop zabrałam cztery książki. Dlaczego aż cztery? Na wszelki wypadek. Przecież zawsze może się okazać, że któraś z nich okaże się wielkim rozczarowaniem.

I tym razem właśnie tak było. Dwie okazały się świetnym wyborem. Dwie zupełnie mnie nie porwały.

Jedną z tych pierwszych był „Dziennik utraconej miłości” Érica-Emmanuela Schmitta. Co ciekawe, do walizki trafił trochę od niechcenia. Paradoksalnie właśnie dlatego, że Schmitt jest jednym z moich ulubionych autorów. Wiedziałam, że kiedyś po niego sięgnę. Nie przypuszczałam tylko, że dopiero teraz będę na niego gotowa.

Książka przeleżała na mojej półce kilka lat. Nie dlatego, że nie chciałam jej przeczytać. Bałam się. Tematu śmierci. Odejścia kogoś bliskiego.

Kiedyś przeczytałam dwie strony i zamknęłam książkę.

– Nie. Jeszcze nie dam rady.

Tym razem poczułam, że chyba już mogę.

I Schmitt po raz kolejny mnie nie zawiódł.

Mam nawet swoją małą hipotezę: nieważne, o czym pisze – i tak będę chciała go czytać.

„Dziennik utraconej miłości” urzekł mnie jednak bardziej niż jego wcześniejsze książki. Jest niezwykle osobisty. Intymny. Światowej sławy pisarz nie boi się pokazać własnej bezradności. Pisze o bólu, tęsknocie, żałobie i samotności prostym, a jednocześnie pięknym językiem. Nie próbuje odkrywać nowych prawd ani pocieszać na siłę. Raczej z ogromną pokorą przygląda się temu, czego wszyscy kiedyś doświadczymy.

W pewnym momencie zadaje pytanie, które chyba każdy z nas nosi w sobie, choć nie zawsze ma odwagę je wypowiedzieć:

„Co robić, gdy już nie można nic zrobić?”

To jedno zdanie zatrzymało mnie na dłużej.

Bo może właśnie na tym polega żałoba. Nie na szukaniu odpowiedzi, ale na zgodzie, że czasem odpowiedzi po prostu nie ma.

Jest jeszcze jedno zdanie, do którego będę wracała.

„Praca jest wybawieniem. Zawsze wyrywała mnie z marazmu.”

Pomyślałam wtedy, że chyba dlatego tak wielu ludzi po trudnych doświadczeniach wraca do swoich codziennych obowiązków. Nie po to, żeby uciec od bólu. Raczej po to, żeby choć na chwilę odzyskać poczucie, że świat nadal się kręci.

Schmitt nie zagłusza cierpienia. Pozwala mu wybrzmieć. A potem niemal niezauważalnie przypomina, że obok śmierci nieustannie toczy się życie.

„Dzisiaj, jak co dzień, umiera czyjaś matka i na ziemi jest trochę mniej miłości. Dzisiaj, jak co dzień, rodzi się dziecko i na ziemi jest znacznie więcej miłości.”

To chyba najpiękniejsze zdanie w całej książce.

Nie dlatego, że pociesza.

Dlatego, że przywraca właściwe proporcje.

To książka na kilka spokojnych wieczorów.

Nie czyta się jej szybko. I chyba nie powinno się.

Nie dlatego, że jest trudna.

Dlatego, że od czasu do czasu warto zamknąć książkę na kilka minut i po prostu pobyć z własnymi myślami.

Ja na swoją byłam gotowa dopiero po kilku latach.

I cieszę się, że nie przeczytałam jej wcześniej.

Niektóre książki, podobnie jak niektórzy ludzie, przychodzą do nas dokładnie wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi.

-- Anna Wójtowicz-Wnuk --

 

Komentarze

Popularne posty